„Jestem kobietą biegającą, żadnych zawodów się nie boję”. Może jest to nieco chełpliwe, ale unikalny medal w kolorze złotym, (!) jaki wisi na mojej szyi myślę jest dobrym usprawiedliwieniem dla takiego podejścia.

fot. Jacek Deneka

Autorka w pracy nad tekstem, fot. Jacek Deneka

Kamila Głodowska

Przy­znać trze­ba bez­sprzecz­nie, że te­go­rocz­na, XIII edy­cja biegu Rzeźnika nie odbyła się bez emo­cjo­nujących za­wi­ro­wań i nagłych zwrotów akcji. Nie wdając się w szczegóły (bo wszy­scy już znają tę hi­sto­rię), nie udało się za­cho­wać tra­dy­cyj­nej trasy biegu. Al­ter­na­tyw było wiele, osta­tecz­nie pro­fil oraz prze­bieg został ogłoszo­ny w czwar­tek, na od­pra­wie. 82 ki­lo­me­try z Komańczy do Żubra­czy, 3675 metrów prze­wyższe­nia. Moja pierw­sza myśl – am­bit­nie, druga myśl – cel złama­nia 12 go­dzin chyba się od­da­lił.

ODPRAWA
Mimo ob­struk­cji, przed sceną w Ci­snej zebrała się całkiem spora grup­ka bie­ga­czy, którzy po­sta­no­wi­li zmie­rzyć się z dy­stan­sem, cha­rak­te­rem i swoim part­ne­rem. Wiele emo­cji wzbu­dził kon­cert Wiewiórek na Drze­wie. Artyści za­pre­zen­to­wa­li nową odsłonę sztan­da­ro­wej pio­sen­ki „Ofia­rom Tre­ne­ra Klau­sa”, której tekst został do­sto­so­wa­ny do za­mie­sza­nia związa­ne­go z prze­bie­giem trasy. Kilka słów od or­ga­ni­za­torów później oraz po szcze­rych bra­wach dla przed­sta­wi­cie­li Lasów Państwo­wych, którzy przy­czy­ni­li się wiel­ce do kon­stru­owa­nia nowej trasy, bie­ga­cze ro­ze­szli się do swo­ich kwa­ter aby tam próbować wy­ko­rzy­stać ostat­nie go­dzi­ny na wy­po­czy­nek.

Przy­znam się, że naj­bar­dziej przed bie­giem nie zde­ner­wo­wał mnie sam fakt dez­in­for­ma­cji czy zmia­ny trasy i dy­stan­su (mimo że też spędziłam kilka week­endów w Biesz­cza­dach na roz­po­zna­niu trasy), ale szum jaki po­wstał wokół całej sy­tu­acji. Naj­za­baw­niej­sze i jed­no­cześnie naj­bar­dziej iry­tujące było dla mnie, że najwięcej do po­wie­dze­nia miały osoby, które z bie­ga­mi górski­mi ultra mają wspólnego nic lub bar­dzo nie­wie­le. I nie wiedzą ab­so­lut­nie nic na temat or­ga­ni­za­cji ta­kich im­prez i spe­cy­fi­ki prze­pro­wa­dza­nia ko­lej­nych for­mal­nych wymogów. Żal było mi czytać ko­men­ta­rze i nie­wy­bredną kry­tykę ludzi, którzy bez ja­kiej­kol­wiek wie­dzy i w opar­ciu o nie do końca spraw­dzo­ne in­for­ma­cje, tonem doświad­czo­ne­go men­to­ra, wy­ty­ka­li sze­reg błędów i nie­do­ciągnięć. Bo „ja zrobiłbym to ina­czej” lub „po­win­no się prze­cież …”. Ge­ne­ral­nie ilu ludzi, tyle spo­sobów na WŁAŚCIWE rozwiązanie pro­ble­mu. To tak samo, jakby siedząc przed te­le­wi­zo­rem i patrząc na roz­gry­wa­ny mecz, krzy­cze­li do za­wod­ników, co mają robić i ocze­ki­wa­li, że za­wod­ni­cy jakimś cudem usłyszą ich słowa mądrości i za­sto­sują prze­kaz. A potem, roz­cza­ro­wa­ni bra­kiem re­ali­za­cji ich su­ge­stii przez ad­re­satów, po­sta­no­wi­li doszczętnie skry­ty­ko­wać całokształt. No żenujące.

fot. Jacek Deneka

fot. Jacek Deneka

BIEG
Wra­cając do me­ri­tum (tak – czara mojej fru­stra­cji została prze­la­na przed star­tem przez tych, którzy uważają się za eks­per­ta w dzie­dzi­nie, o której nie mają różowego pojęcia), muszę po­wie­dzieć, że start w nocy jest ma­gicz­ny. Łado­wa­nie się z całą resztą pod­eks­cy­to­wa­nych bie­ga­czy do au­to­busów o 1:30 ma swój urok, po­dob­nie jak roz­grzew­ka przed star­tem w Komańczy. Do­zna­nia zmysłowe ja­kich można było doświad­czyć na star­cie, to przede wszyst­kim ośle­piający blask wszędo­byl­skich czołówek, przy­jem­ne mro­wie­nie w mięśniach przy­go­to­wa­nych przez umysł do roz­poczęcia mor­der­cze­go wysiłku, za­pach ben­gay’a oraz dźwięk en­tu­zja­stycz­nych rozmów o wszyst­kim. Ostat­nie gra­tu­la­cje, po­kle­py­wa­nie po ple­cach, kop­nia­ki na szczęście i wy­strzał.

Pierw­sze ki­lo­me­try prze­biegły błyska­wicz­nie. W tłumie słyszałam kilka ko­men­ta­rzy na temat tego, że „będę mogła się po­chwa­lić zna­jo­mym, że biegłam przez mo­ment obok Ro­ber­ta Ko­rze­niow­skie­go” (tak, też brał udział w za­wo­dach). W od­da­li widać było światełka prze­my­kające przez las- należące do czołówki staw­ki. Po cza­sie, kiedy i ja wraz z moją parą wbiegłam do lasu, to­wa­rzy­stwo się lekko prze­rze­dziło, a głosy wokół nieco przy­cichły. Zastąpiły je dźwięki przyśpie­szo­ne­go od­de­chu i mia­ro­we, po­wta­rzające się nawoływa­nia „Ja­re­k?”, „Krzysz­tof jesteś?”, „Prze­mo jak tam?” oraz od­po­wie­dzi „je­stem je­stem”, „Po­cze­kajże” i inne, lub ich brak. Ja biegłam głównie za moim part­ne­rem, więc co jakiś czas zakładałam mu „lejce”, lekko znie­cier­pli­wio­nym głosem, po­brzmie­wającym trochę jak znie­cier­pli­wie­niem, że ciągle rwie, a trochę błaga­niem o litość i rozsądek (do mety jesz­cze da­le­ko). Na szczęście mój part­ner w prze­ci­wieństwie do wielu in­nych miał wiele cier­pli­wości, nie popędzał, nie na­rze­kał tylko cier­pli­wie do­sto­so­wy­wał się do słab­sze­go ogni­wa teamu. Nie­ste­ty, nie każdy miał takie podejście – na tra­sie spo­tkałam kilka pa­stwiących się nad swoim part­ne­rem osób, które w nie­zbyt oględny sposób oka­zy­wały swoje zniechęcenie nie­dy­spo­zycją lub słabością part­ne­ra. Smut­ne, ale jakże cha­rak­te­ry­stycz­ne dla Rzeźnika – najważniejszą stra­te­gicz­nie de­cyzję jest od­po­wied­ni dobór osoby do pary. Ta­jem­ni­ca tkwi właśnie w ciągłej współpracy, zro­zu­mie­niu i wza­jem­nym wspar­ciu a także po­dob­nych możliwościach. Hasło prze­wod­nie na­szej drużyny – „Nie można ma­ru­dzić, bo bie­gnie­my. Ma­ru­dzić można tylko wtedy, kiedy się nie biega” – czyli w cza­sie, kiedy przez kilka dni nie ma tre­nin­gu lub zawodów. Mak­sy­my trzy­małam się jak nie­pod­ległości i nie na­rze­kałam wcale. Cie­szyłam się każdą minutą biegu: pogodą – jak świeciło słońce, to byłam szczęśliwa, że mi ciepło, kiedy padał deszcz, dziękowałam w duchu, że mogę się trochę ochłodzić. Na pod­bie­gach byłam za­do­wo­lo­na, bo miałam czas na je­dze­nie, a na zbie­gu okazję do od­po­czyn­ku i wy­prze­dze­nia kilku za­wod­ników. Kon­tu­zja od­zy­wała się spo­ra­dycz­nie. Na zbie­gu do Ci­snej – pod wyciągiem, krzyknęłam nawet do stojącego pana ka­me­rzy­sty „Boże błogosław spe­ed­cro­sy” – błoto zde­cy­do­wa­nie dawało się we znaki bie­ga­czom bez butów z kon­kret­nym bieżni­kiem.

Pierw­szy prze­pak upłynął mi dość spraw­nie, acz­kol­wiek jak na de­biut na Rzeźniku za­li­czy­liśmy kilka wpa­dek, których nie prze­myśleliśmy – rze­czy na prze­bra­nie kom­plet­nie się nie przy­dały, po­dob­nie jak do­dat­ko­we litry napojów. Coś, co mocno wy­ry­li mi w pamięci zna­jo­mi doświad­cze­ni ul­tra­si, to że trze­ba jeść od początku, na siłę i pić re­gu­lar­nie. Ja także podaję tę cenną wiedzę dalej. BEZ RE­GU­LAR­NE­GO JE­DZE­NIA I PICIA SIĘ NIE DA BIEGAĆ ULTRA, a na pewno kry­zy­sy będą cięższe do prze­zwy­ciężenia, częstsze i bar­dziej upier­dli­we. Mnie na przykład Pro­zia­ki na dru­gim prze­pa­ku – od­po­wied­ni­ku Sme­re­ka, ura­to­wały życie. Z serem żółtym. To dało mi ener­gię na podejściu pod Pa­protną, która… napsuła mi krwi tyle, że chyba nawet Caryńska byłaby mi łaskawszą. Ale dałam radę. Naj­gor­szy kry­zys dopadł mnie po ostat­nim punk­cie, na 10. ki­lo­me­trze od mety. Chciałam IŚĆ po zbie­gu. Dra­mat. Wtedy pomogła ko­fe­ina, uśmiech part­ne­ra, brak roz­czu­la­nia się, trochę pro­stych węgli i wma­wia­nie samej sobie, że prze­cież im szyb­ciej będę się po­ru­szała, tym szyb­ciej skończę swój trud. No i fak­tycz­nie. W pew­nym mo­men­cie nogi zaczęły słuchać, pra­co­wały na zbie­gach względnie spraw­nie i ciągnęły po upra­gnio­ny medal. Do mety. Po tytuł Rzeźnika.

META
Od początku do końca trasy byłam na­sta­wio­na opty­mi­stycz­nie, poza małymi wyjątkami w kry­zy­sie, które udało się prze­zwy­ciężyć także dzięki po­czu­ciu od­po­wie­dzial­ności za part­ne­ra i jego sa­tys­fakcję. Do­ping zna­jo­mych, którzy wspie­ra­li całą ekipę moich biegnących szaleńców, a w tym i mnie, do­da­wał praw­dzi­wych skrzy­deł w trud­nych chwi­lach. Moje ma­rze­nie – zostać Rzeźni­kiem spełniło się po raz pierw­szy w całkiem niezłym stylu. Do­bie­gając do mety, zdałam sobie z tego sprawę, co tylko uwy­pu­kliło moje szczęście po prze­bie­gnięciu mat z po­mia­rem czasu, w 11 go­dzi­nie 52 mi­nu­cie biegu. 98. miej­sce w kla­sy­fi­ka­cji Open i 13. w ka­te­go­rii miksów. Za­da­nie wy­ko­na­ne, mogłam się na­cie­szyć ro­dzi­ca­mi, zna­jo­my­mi i prze­pyszną sałatką. No i to wspa­niałe zimne piwo.

KONIEC
Po prze­bie­gnięciu 83 ki­lo­metrów (według ze­gar­ka mo­je­go part­ne­ra – ja nie bie­gam z żadną elek­tro­niką), zje­dze­niu 4 po­wer­ge­li, 3 prin­cess oraz jed­ne­go shota z ko­fe­iną mogę z dumą po­wie­dzieć, że spełniło się moje ma­rze­nie i nikt ani nic mi tego nie od­bie­rze. Trasa, mimo że inna od zakłada­nej, była słuszna, am­bit­na i piękna w swo­jej spe­cy­fi­ce. Współza­wod­ni­cy byli mimo zmęcze­nia bar­dzo przy­jaźni, a przy­ja­cie­le nie­zwy­kle wspie­rający. To się liczy naj­bar­dziej – lu­dzie, którzy budują psy­chicz­ne na­sta­wie­nie. Jeśli się czegoś bar­dzo chce i ma się od­po­wied­nie oto­cze­nie, to można. Tak to działa. Psy­chi­ka od­gry­wa ogromną rolę w ta­kich bie­gach i wspar­cie naj­bliższych po­ma­ga opa­no­wać ne­ga­tyw­ne myśli i do­da­je tej szczyp­ty nie­sa­mo­wi­tości, fak­to­ra nad­ludz­kości, która nie­sie do celu.

tekst pochodzi z czerwcowego numeru „Ultra Trail Runner Magazyn”

Pin It on Pinterest

Share This