Nie da się ukryć, że rocznik ’91 w biegach górskich udał nam się wybitnie. Tak, „wybitnie” to właściwe słowo. Bo jego przedstawicielami są Bartosz Gorczyca oraz drugi zawodnik 12. Baikal Ice Marathon. Bartka znacie, bo od początku pisze dla Was w naszym magazynie. Dziś poznajcie Łukasza Zdanowskiego.

fot. Piotr Dymus

fot. Piotr Dymus

Start
Wy­star­to­wa­liśmy razem, bo tak się umówiliśmy. Tak­ty­ki żadnej spe­cjal­nie nie oma­wia­liśmy. Wie­dzie­liśmy po pro­stu, że ro­bi­my swoje. Sam zresztą nigdy nad tym się nie za­sta­na­wiam – jak czuję się przy­go­to­wa­ny, to po pro­stu robię swoje. Bez kal­ku­la­cji. Do tego biegu byłem przy­go­to­wa­ny. Tylko ta­kich wa­runków się nie spo­dzie­wałem, było na­prawdę ciężko – naj­trud­niej­szy był kopny śnieg, w którym się za­pa­dałeś. Ka­tor­ga. Była wpraw­dzie prze­tar­ta droga, ale cały czas wiatr na­wie­wał na nią śnieg. Do tego co chwilę trze­ba było prze­ska­ki­wać przez kawałki lodu czy kopki śniegu, potem wpa­dasz w lód, źle sta­wiasz stopę i już wy­bi­jasz się z rytmu. Ale i tak te pierw­sze 10-13 km były niezłe, bie­gliśmy w miarę po równym. Potem to już kopny śnieg, w który miej­sca­mi się za­pa­dałem. Bywało, że biegłem tam 7min/km. Myślałem, że zaraz będę szedł – byłoby szyb­ciej. Chyba naj­bar­dziej wku­rzał i męczył mnie ten śnieg. Na którymś ki­lo­me­trze stwier­dziłem, że nie warto wal­czyć z naturą; po­go­dziłem się z tym, że po pro­stu trze­ba jak naj­szyb­ciej do­biec do mety. Wiatr tak bar­dzo mi nie prze­szka­dzał, za to mróz od­czu­wałem. Za­li­czyłem de­li­kat­ne odmrożenia nosa. Or­ga­ni­za­to­rzy na­pi­sa­li potem, że mieliśmy naj­trud­niej­sze wa­run­ki w hi­sto­rii Ba­ikal Ice Ma­ra­thon. I widać to też w wy­ni­kach – był to najsłabszy zwycięski czas w do­tych­cza­so­wych 12 edy­cjach.

Piotrek
Ry­wa­li­za­cja? Zde­cy­do­wa­nie nie. Pio­trek bar­dzo mi po­ma­gał. Te pierw­sze ki­lo­me­try wziął na sie­bie. Rzecz w tym wie­trze, co walił w twarz. To bar­dzo męczące. Ale działało to tak, że jeden z nas biegł z przo­du, drugi chował się za jego ple­ca­mi wy­po­czy­wał. Potem zmia­na. Pio­trek po­biegł pierw­szy, a ja tak trochę za­cho­waw­czo, bo tak na dobrą sprawę to był mój pierw­szy płaski ma­ra­ton. Sądziłem, że będzie rze­czy­wiście płasko. Wyszło 180 m w górę, więc całkiem płasko nie było. Do połowy bie­gliśmy razem. Potem Pio­trek zaczął mi od­cho­dzić; leciał jak lo­ko­mo­ty­wa. U niego im ciężej, tym le­piej; im dalej, tym on bar­dziej się rozkręca. Roz­grze­wa się długo, ale potem jest nie do za­trzy­ma­nia. I po­biegł tak, że zniknął za ho­ry­zon­tem. Ale współpraca była świet­na. Faj­nie było biec z nim i są plany, by razem gdzieś dalej wspólnie po­bie­gać.

fot. Maciek Sokołowski

fot. Maciek Sokołowski

Kryzys
Był, ale nie nazwałbym tego kry­zy­sem. Bo czułem się świet­nie, następnego dnia mogłem zrobić tre­ning. Żad­nych bólów nóg. Ale jakiś dół był. W spodniach za­marzł mi suwak i nie mogłem wyjąć żela. Był 35. km i wie­działem, że muszę coś już zjeść. Bałem się jed­nak brać coś z punktów żywie­nio­wych, bo wcześniej miałem spore pro­ble­my z żołądkiem. W tam­tym se­zo­nie były mocne jazdy i od tej pory muszę mieć wszyst­ko prze­te­sto­wa­ne, a naj­le­piej swoje. Tu ku­si­li dak­ty­la­mi, ro­dzyn­ka­mi, ale ze stra­chu wypiłem tylko dwa łyki her­ba­ty i na tym prze­biegłem cały dy­stans. No i na tych dwóch moich żelach. Musiałem wziąć ten trze­ci i nie udało się. Na 39. km miałem więc ener­ge­tycz­ny dół; może nie był to jakiś wiel­ki kry­zys, ale fak­tem jest, że ostat­nie trzy km to robiłem chyba w tem­pie 20 minut na ki­lo­metr. Biegłem cały czas, ale za­trzy­małem się na 150 metrów przed metą. Tak po pro­stu. Moja Emil­ka zaczęła krzy­czeć, że co robię, ale ja już tego nie pamiętam. Cu­kier tak mi spadł, że za­trzy­małem się i coś tam do sie­bie gadałem. Ale do­szedłem do mety. Potem napiłem się coli, her­ba­ty i byłem jak no­wo­no­aro­dzo­ny. Wnio­ski z tego mam takie, że po­wi­nien stra­cić tę minutę i strze­lić żela, wtedy szyb­ciej do­biegłbym do mety.

Wynik
Czy byłem za­sko­czo­ny wy­ni­kie­m? Je­cha­liśmy z na­sta­wie­niem na dobry wynik, a od pierw­sze­go ki­lo­me­tra już wie­działem, że będzie­my biec tylko we dwójkę. Celem było po­dium – nie ma co ściem­niać. Py­ta­nie tylko, które miej­sce na tym po­dium. Je­cha­liśmy pociągiem linią trans­sy­be­ryjską i tam poznałem Bart­ka, który biegał w ma­ra­to­nie 2:18. Wie­działem już wtedy, że między nami trze­ma, wli­czając Piotr­ka, roz­strzy­gnie się wynik. Wie­działem wpraw­dzie, że Ro­sja­nie są mocni, ale na tra­sie nikt nam nie zagrażał. Pio­trek pro­wa­dził od 50. metra. Na star­cie naj­pierw usta­wi­li się Japończycy, chyba z ośmiu ich było, wszy­scy z GoPro. Na początku wy­strze­li­li jak z procy, by sobie sel­fie robić, potem zaczęli już iść. Pierwszą dychę zro­bi­liśmy w 43 mi­nu­ty. Myślę sobie: „Ja czuje się świet­nie, Pio­trek gada, więc bie­gnie w tem­pie kon­wer­sa­cyj­nym i pew­nie gdyby takie wa­run­ki były dalej, to re­kord byłby nasz”. Ale dalej wa­run­ki nie były już tak dobre. Dziś myślę sobie, że gdyby był to bieg po lo­dzie, to je­stem prze­ko­na­ny, że padłby re­kord trasy.

7aff40ca-d115-4d59-a376-32a047cf931c

Rosjanie
Dla nich to był chyba jakiś szok. Na początku wszy­scy bili brawa, ale to chyba byli Japończycy, bo oni za­wsze biją brawo. Naj­lep­sze zda­rzyło się na tym słynnym moim 39. km. Chciałem się napić i pamiętam, że ko­bie­ta z punk­tu dawała mi her­batę, ale dawała ją jakoś tak niechętnie. I podała mi ją tak, że wylała na spodnie; zrobiła to tak, jakby rzuciła – tak to za­pa­miętałem. wku­rzyłem się i po­biegłem dalej. Stwier­dziłem, że nic od niej nie wezmę. Ro­sja­nie chyba byli zdzi­wie­ni, może zde­ner­wo­wa­ni. Gdy or­ga­ni­za­tor wręczał mi pu­char, to nawet na mnie nie spoj­rzał, pa­trzył gdzieś w ziemię.

Przygotowania
Nic spe­cjal­ne­go, ale zszedłem z gór i włączyłem do tre­nin­gu siłownię. Żad­nych wy­bie­gań w górach, tylko tre­ning ma­ra­toński, który mi zresztą od­po­wia­da i myślę, że będę ciągnął go dalej. Oczy­wiście z ele­men­ta­mi górski­mi, bo star­ty w górach naj­bar­dziej mnie in­te­re­sują. Nie mam żadnej spe­cjal­nej diety, sta­ram się tylko jeść ra­cjo­nal­nie, bez prze­two­rzo­nych pro­duktów. Nie mogę jeść za dużo owoców, z nabiałem też mam jakieś pro­ble­my. Nie nazwałbym tego dietą, tylko po pro­stu wiem, co muszę jeść, a czego nie jeść. Odżywia­nie, re­ge­ne­ra­cja i od­po­wied­ni tre­ning to klucz do suk­ce­su. Cza­sa­mi trud­no to wszyst­ko po­go­dzić z pracą, ale jakoś daję radę. Sam wszyst­ko pla­nuję, dużo ana­li­zuję, bar­dzo dużo czy­tam i na razie daje radę. Ale tre­ner to dobra rzecz, tyle że musi mieć duże doświad­cze­nie – to po­le­cam.

Góry
Do Za­ko­pa­ne­go prze­pro­wa­dziłem się z Sie­dlec, rok temu. Od dziec­ka przy­jeżdżałem w góry na różne obozy, wcześniej tre­no­wałem boks i sztu­ki walki, przez kilka lat. Tam nie wszyst­ko poszło tak jak chciałem. A jako że nie wy­obrażam sobie życia bez spor­tu, to wróciłem do bie­ga­nia. Wróciłem, bo kiedyś biegałem na bieżni. Lubię tre­ning. Bie­ga­nie w górach to szyb­ki sposób po­ru­sza­nia się po nich, zdo­by­wa­nia szczytów. To o wiele wy­god­niej­sze i bez­piecz­niej­sze, jak jesteś obyty w taki sposób z górami niż zdo­by­wa­nie tych gór w sposób obo­zo­wy. Naj­bar­dziej lubię Tatry Za­chod­nie, Dolinę Koście­li­ska, Bystrę. Ale całe Tatry są piękne, choć za Ka­spro­wym nie prze­pa­dam. Bar­dzo lubię też Dolinę Białej Wody, już po słowac­kiej stro­nie, gdzie zresztą naj­le­piej mi się tre­nu­je.

7a09bf66-b198-466d-837d-0a608e790fc5

Plany
Główny cel na ten sezon to TDS we Fran­cji, 119 km, to bar­dzo tech­nicz­ny bieg, z łańcu­cha­mi na tra­sie, z naj­trud­niej­szym szla­kiem wokół Mont Blanc, czyli to co lubię naj­bar­dziej – stro­mo, tech­nicz­ne zbie­gi i pod­bie­gi. Myślę, że dam radę faj­nie się pod to przy­go­to­wać. Ale naj­pierw, w połowie maja jadę na Węgry, na Sa­lo­mon Ultra Trail, gdzie po­biegnę 115 km. Potem Marduła (mi­strzo­stwa Pol­ski w Sky­run­nin­gu). Dalej re­ge­ne­ra­cja, jakiś bieg kon­tro­l­ny i Dolnośląski Fe­sti­wal Biegów Górskich. To świet­na im­pre­za two­rzo­na przez wspa­niałych ludzi, Piotr­ka Her­co­ga i Maćka Sokołowskie­go. Dla nich sa­mych warto tam po­je­chać. Jesz­cze nie wiem, co tam będę biegł, ale mam jesz­cze czas na wybór. Będzie też jesz­cze jeden bieg na Słowa­cji, gdzie or­ga­ni­zo­wa­nych jest dużo świet­nych biegów. Co cie­ka­we, są one z reguły dużo cięższe niż ten nasze. Po­biegnę Malą Fa­transką Stovkę, czyli tak na­prawdę 50 km. Chcę tam po­pra­wić wynik z zeszłego roku. A wszyst­ko to pod TDS. A na ko­niec, jak się wszyst­ko pięknie ułoży jesz­cze jeden bieg, w Gru­zji, ale o tym na razie cicho sza.

Aspiracje
Rok temu wbiegłem na Mont Blanc z niezłym cza­sem i chciałbym iść właśnie w tym kie­run­ku. To mnie raj­cu­je. I mam tu pewne plany, ale że nie lubię pom­po­wa­nia przed, nic więcej na razie nie zdradzę. Niech wy­ni­ki robią hałas ☺.

Łukasz Zda­now­ski
no­to­wał Mar­cin Ki­jow­ski
tekst pochodzi z marcowego numeru „Ultra Trail Runner Magazyn”

Pin It on Pinterest

Share This