Syberyjski maraton to był wstęp do sezonu. W tym roku mam inne priorytety: mniej walczyć o czas, a bardziej poznawać nowe miejsca – mówi nam Piotr Hercog, zwycięzca 12. Baikal Ice Marathon.

fot. Maciek Sokołowski

fot. Maciek Sokołowski

Marcin Kijowski: Na skali trudności Hercoga, gdzie mieści się Baikal Ice Marathon?

Piotr Hercog: Gdyby próbować porównać go z innymi biegami płaskimi, to był bardzo trudny; jeden z najtrudniejszych biegów. Rzecz w tej temperaturze, -20 stopni Celsjusza, do tego silny wiatr nieustannie wiejący w twarz i na koniec śnieg, którego sporo spadło tuż przed starem i który stale nawiewało na trasę, powodując zaspy. Był to bardzo siłowy bieg i biegło się ciężko. Tyle w kwestii równań do startów płaskich i biegów szosowych – ekstremalnie trudny. Ale patrząc na całość, także z tym, jak czułem się w trakcie i po biegu, to jednak w biegach górskich da się bardziej zeszmacić, np. dystansem 150 czy 170 km, gdzie biegnie się dłużej, z odcinkami skalnymi i bardzo różnorodnym terenem. Ciężko to w sumie porównać, ale gdyby tak się pokusić i zestawić z Chudym Wawrzyńcem, który jest łatwym biegiem na 55 km (+2200/-2200m), to chyba Baikal był trudniejszy.

Na Syberii były ponad 42 kilometry, czas 3:55, czyli patrząc tylko na tempo, to był dosyć wolny bieg.

Zdecydowanie. Moja średnia prędkość na Maratonie Karkonoskim (47 km, +2000/-2000 m) po kamieniach była wyższa niż na Syberii, a bynajmniej nie byłem gorzej dysponowany. To bardzo dużo mówi o trudności tego biegu. W górach ten maraton mógłbym zrobić zdecydowanie szybciej.

Co było najtrudniejsze?

Wszystkie trzy czynniki, o których mówiłem, tworzą tę ekstremalnie trudną mieszankę. Temperatura to jedno, ale swoje robił bardzo silny wiatr. Organizatorzy podawali, że w porywach wiało 15 m/s, czyli kilkadziesiąt kilometrów na godzinę, prawie cały czas w twarz. Do tego zaspy i to wszystko sprawiło, że był to bardzo trudny bieg.

Chwila skupienia przed startem, fot. Wojtek Grzesiok

Chwila skupienia przed startem, fot. Wojtek Grzesiok

Jak biega się w takiej temperaturze, przy takim wietrze, który to zimno potęguje, wiejąc na dodatek nie w plecy, ale prostu w twarz?

Największy problem miałem przed biegiem, bo nie wiedziałem, jak się ubrać. Z jednej strony, by nie wziąć za dużo, za ciepło – bo będę się odwadniał i niepotrzebnie tracił energię. Z drugiej strony bałem się, że ubiorę się za cienko. W polskich górach, jak ubierzesz się za lekko, to i tak jesteś w stanie jakoś dobiec do mety; będzie telepać, będzie nieprzyjemnie, ale dasz radę. Nie ma tak skrajnych warunków. Tu bałem się, że jak przeszarżuję, to odmrożenia będą tak duże, że mimo świetnej pozycji, prowadzenia będę musiał zejść z trasy. Ale trafiłem idealnie. Było mi zimno przez pierwsze 5-7 km, potem rozgrzałem się doskonale. To był taki znośny chłód. Nie potrzebowałem dużo płynów, 500 ml, do tego kilka łyków herbaty po drodze i tyle. Wiatr był bardzo nieprzyjemny, sople na twarzy, ale źle nie było.

Podobno prowadziłeś już od 50 metra. To taka taktyka?

Aż tak to nie. Pierwsze 10-15 km zawsze staram się biec spokojnie, w tempie nie wyższym niż połowa drugiego zakresu. Daje mi to możliwość biegu w tym samym tempie do samego końca. Poza tym męczące byłoby przeciskanie się na początku przez tłum, na dosyć wąskim szlaku wyznaczonym w śniegu przez specjalny czołg. To tak jak w biegach górskich – startujemy na 100 czy 200 km, a i tak te pierwsze dwa czy trzy kilometry są bardzo szybkie. Chodzi o to, by zająć dogodną pozycję. Okazało się, że przy tym moim tempie, w sumie nie było ono jakoś specjalnie wysokie, szybko znalazłem się na czele. Sądziłem, że trochę ludzi będzie mi siedzieć na ogonie, ale z każdym kilometrem powiększałem przewagę, biegnąc założonym wcześniej tempem.

A na ogonie tylko Łukasz…

Wiedzieliśmy jeszcze przed zawodami, że dużą rolę odegra wiatr i że będzie wiało w twarz. Receptą na to byłby bieg na zmianę – jeden chowa się za drugim, jak podczas wyścigu kolarskiego. Ten pierwszy pracuje nad budowaniem przewagi, utrzymuje tempo i bierze na siebie cały ten lodowaty napór powietrza. Drugi w tym czasie odpoczywa za plecami, potem zmiana. Ustaliliśmy z Łukaszem, by pobiec w ten sposób ile się da, może 20-30 km, a potem już każdy swoje i wtedy rozstrzygnąć zawody. Po starcie okazało się, że Łukasz trochę został, więc zwolniłem, wziąłem go na plecy, po trzech kilometrach była zmiana. Gdy zaczął się trudniejszy odcinek, więcej śniegu, zaspy, Łukasz nie był w stanie dotrzymać tempa i tak od 20 km biegłem swoje. W okolicach mety, na horyzoncie nie widziałem już nikogo za sobą.

Łukasz Zdanowski, Wojciech Grzesiok i Piotrek Hercog tuż po oficjalnym zakończeniu zawodów, fot. Maciek Sokołowski

Łukasz Zdanowski, Wojciech Grzesiok i Piotrek Hercog tuż po oficjalnym zakończeniu zawodów, fot. Maciek Sokołowski

To teraz cofnijmy się nieco w czasie. Skąd pomysł na ten bieg?

To był wstęp do sezonu. Cel na ten rok jest taki, by poznawać nowe miejsca. Nie chcę bawić się w utarte schematy, po raz trzeci czy czwarty pojechać na zawody w Alpy i ścigać się o miejsce trzecie, piąte czy ósme. W tym sezonie mam inne priorytety: mniej walczyć o czas, za to poznawać nowe miejsca. Syberia świetnie się w to wpisała, bo to rejon Rosji, który od wielu lat mnie interesował; pociąga mnie egzotyka tego miejsca. To był ten bodziec, że chciałem tam pojechać. Nietypowy jest też charakter tego biegu – biega się nie po asfalcie, szutrze czy kamieniach, ale po zamarzniętym jeziorze, po lodzie. Pomyślałem też, że choć jest to bieg płaski, to jednak nie do końca po równym, nie po asfalcie, dochodzą jeszcze inne czynniki, jak pogoda, to wszystkie te elementy sprawiają, iż można myśleć o walce o podium. O które miejsce? Nie wiedziałem, kto wystartuje, nie znałem nazwisk konkurentów, jak bardzo są mocni. Ale wiem, jacy są biegacze. Ci szybcy, asfaltowi zawodnicy mają problemy, gdy na równej trasie dzieje się coś nieoczekiwanego. Ich przewagą jest duża prędkość przy dużej powtarzalności ruchów. Potrafią biegać maratony po 2:30, ale gdy stoją przed podbiegiem czy zbiegiem, gdy pojawiają się kamienie, trudna technicznie trasa, błoto, to bardzo dużo tracą, bo coś wybija ich z rytmu. Wiedziałem więc, że na tym biegu, ze względu na jego specyfikę, nie będzie zbyt wielu tych szybkich szosowych zawodników; oni też nastawiają się na dobre przygotowanie pod sezon. Po cichu liczyłem więc, że podium jest w zasięgu moich nóg, a przy dobrych wiatrach może i szansa na wygraną. To z kolei – znów takie ciche spekulacje – dawałoby możliwość jakiegoś medialnego szumu, większego zainteresowania mediów w Polsce, co jak się potem okazało, rzeczywiście się stało. Wiadomo, że takie zainteresowanie daje szansę na zyskanie nowych partnerów wspierających moje projekty. Tak sobie po cichu marzyłem, ale były to marzenia oparte na pewnych podstawach. I udało się.

wywiad pochodzi z 3-4 numeru „Ultra Trail Runner Magazyn”

Pin It on Pinterest

Share This