Śmiejmy się codziennie, bo zawsze może być gorzej – zachęca Gela Allmann. Niemiecka biegaczka i narciarka wysokogórska opowiada nam o dramatycznym wypadku, długim powrocie do zdrowia i sportowej pasji.

fot. Sonja Müller

fot. Sonja Müller

Marcin Kijowski: Co stało się w kwietniu 2014 roku na Islandii?

Pracowaliśmy nad sesją zdjęciową dla niemieckiego magazynu. Narty, słońce, wiatr. Byliśmy na zalodzonym zboczu, gdzieś blisko 1000 metrów nad poziomem morza. Prawie doszliśmy do grani. W pewnym momencie zrobiłam krok do tyłu, by ustawić się odpowiednio do zdjęcia, spojrzałam w aparat i… straciłam równowagę. Zaczęłam zsuwać się w dół. Zjechałam tak po lodzie 800 metrów. Na szczęście, nie wiem jakim cudem, zatrzymałam się 100 metrów przed uskokiem – dalej była przepaść i morze.

Ale nie był beztroski zjazd…

Nie, to był horror. Obijałam się o lód, kamienie, wystające głazy. Zsuwałam się zupełnie bezwładnie. Na początku pomyślałam, że uda mi się zatrzymać, wyhamować, ale nie było takiej możliwości. Leciałam w dół coraz szybciej i szybciej. Całkowicie straciłam kontrolę nad swoim ciałem. To straszne uczucie. Co chwilę czułam kolejne uderzenie i ból, w różnych częściach ciała. Byłam świadoma tych wszystkich złamań, wiedziałam, co się dzieje. Chciałam stracić przytomność, by tego nie czuć, nie doświadczać, ale cały czas byłam przytomna. I nagle wszystko stanęło.

O czym wtedy pomyślałaś?

Zdałam sobie sprawę, że już nie spadam. I poczułam głęboką ulgę, mimo że leżałam w głębokim śniegu i nie mogłam ruszyć ani rękę, ani nogą. Nie czułam połamanych nóg, naderwanych mięśni, niczego. Ale już wtedy wiedziałam, że czuwało nad mną wiele aniołów i że to był cud, iż przeżyłam ten okropny wypadek.

Potem był szpital. I pewnie jakaś diagnoza. Bałaś się tego, co powie lekarz?

Najpierw pomyślałam: “Dzięki Bogu, wciąż żyję!”. Ale potem oczywiście przyszło wiele innych myśli, refleksji i strachów. Wiesz, zawsze byłam ruchliwa, sport to mój żywioł, całe życie I unieruchomienie mnie w łóżku, w całkowitym bezruchu to było bardzo ciężkie doświadczenie. A wtedy nie mogłam ruszyć dosłownie żadną częścią ciała. Nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić, co myśleć. To było bardzo trudne. Poprosiłam wtedy pielęgniarki, by zawiesiły na ścianie przede mną moje zdjęcia z czasów, gdy byłam sprawna – fotografie ze mną w moich ukochanych górach. I to był dla mnie cel – wrócić tam kiedyś, znów wstać i pobiec, pojechać, pójść w góry. Na szczęście kręgosłup nie był złamany, rdzeń kręgowy nie był przerwany, więc dla mnie pytaniem nie było, czy, ale kiedy wrócę w góry. Oczywiście musiałam nauczyć się cierpliwości i zaakceptować tę nową dla mnie sytuację.

Mówisz nie „czy”, ale „kiedy”. Po co?

To kwestia pasji – góry, narty, bieganie po górach. Jestem szczęśliwa, że mam taką właśnie pasję. Jest ona źródłem niekończącej się energii. Trzyma mnie przy życiu i każdego dnia daje napęd, by pracować nad sobą i wracać do zdrowia. I w góry już powoli zaczęłam wracać – na razie odkrywam uroki roweru górskiego, bo na bieganie jeszcze jest za wcześnie.

Po zdjęciach widzę, że pięknie Ci ta rehabilitacja idzie. Miewasz kryzysy? Chwilę zwątpienia?

Jasne, czasami mam bardzo złe dni. Takie, że nie widzę światełka w tunelu. Bywa, że kolano boli jak diabli i wygląda na to, że jest gorzej, a przecież miało być lepiej! To na moment bardzo frustrujące.

5435e570-3d56-45b8-9d88-14d2875d39a3

Jak sobie z tym radzisz?

Wtedy przychodzi takie otrzeźwienie: przecież jestem niesamowitą szczęściarą. Żyję, choć byłam bardzo blisko śmierci. I że przyszłość należy do nas samych; zależy od tego, co sami zrobimy. I wtedy potrzebuję takiego resetu – przespać całą noc, by następnego dnia obudzić się w zupełnie innym nastroju, pełna energii do działania. Potem jest dobrze. Sił dodaje mi też rodzina, przyjaciele, lekarze – wszyscy mnie bardzo wspierają. Wiem, że nie byłabym w stanie osiągnąć tego wszystkiego bez nich, bez tego wspaniałego zespołu.

A jaka byłaś nim doszło do tego zdarzenia? Modelka i sportsmenka, czyli kto?

Nim do tego doszło żyłam naprawdę na wysokich obrotach; intensywnie, taka dziewczyna w typie: “szybciej, wyżej, dalej”. Dziś jestem bardziej do tego zdystansowana, bardziej refleksyjna. Oczywiście, że pewne rzeczy się nie zmieniają, to kwestia charakteru – ta moja ruchliwość – ale dziś cieszę się małymi rzeczami; radość dają mi takie zwykłe chwile, których wcześniej nie dostrzegałam, bo były tak zwyczajne. Na przykład leżenie w ogrodzie i napawanie się chwilą, gdy słońce muska ci nos. To są wspaniałe chwile. Tu i teraz. Już nie zależy mi tylko na realizacji celów, które gdzieś tam sobie wyznaczyłam. Lubię porozmyślać sobie też o przeszłości, zobaczyć jaką drogę przebyłam, co zrobiłam i gdzie jestem teraz.

Mówisz o celach. To jakie one są teraz? Chcesz wrócić do rywalizacji? Do startów?

Zawsze lubiłam się ścigać – biegać, jeździć na nartach; lubiłam tę atmosferę zawodów. To jasne. Ale cóż, jestem realistką. Dziś mam tylko jedno kolano sprawne, bo to drugie wciąż jest mocno niedziałające. Nie poddaję się jednak i dzień po dniu walczę. Zobaczymy, co się zdarzy. Może pojadę w jakimś wyścigu rowerowym? Na razie to byłaby dla mnie świetna opcja.

O czym marzy dziś Gela Allmann?

Dobre pytanie. Zawsze marzy o bieganiu po górach, wspinaniu się coraz wyżej i wyżej, szybko i lekko. Marzy o takim poczucie lekkości i wolności, bez ograniczeń I bólu. Po prostu o bieganiu. Chciałabym pewnego dnia znów biegać.

fot. Baschi Bender

fot. Baschi Bender

To marzenia. A rzeczywistość? Jak ona dziś wygląda?

Potrafię już trochę powspinać się, jeżdżę na rowerze, górskim i szosowym, uprawiam nordic walking, a nawet znów zaczęłam jeździć na nartach skiturowych na bardzo łatwych trasach. Wspaniale znów wyruszyć w góry. A prócz tego trzy razy w tygodniu mam rehabilitację – chodzi o to, by pobudzić do działania nerwy i ćwiczyć mięśnie w okolicach kolana. Te zajęcia na zewnątrz – rower, narty – pomagają bardzo w rehabilitacji, bo poprawiają mi nastrój. Bo kiedy źle się czujesz psychicznie, to i rehabilitacja idzie słabiej. Umysł I ciało są ze sobą bardzo blisko związane.

Co powiedziałabyś – tak na koniec – wszystkim tym, którzy są w podobnej do ciebie sytuacji? Cierpią, brakuje im motywacji?

Powiedziałabym, by rozejrzeli się dookoła, zobaczyli, że świat jest bardzo piękny i zdali sobie sprawę, że są jego częścią. I że musimy pamiętać, że to od nas samych zależy, co zrobimy ze swoim życiem; to nasz wybór. Dlatego nie marnujmy tego. Śmiejmy się codziennie, bo zawsze może być gorzej. I jeszcze to: znajdź swoją pasję i podążaj za głosem serca.

tekst pochodzi z majowego numeru „Ultra Trail Runner Magazyn”

Pin It on Pinterest

Share This